Dziecko w świecie prezentów

anastasiia chepinska LrQTzfjH PU unsplash

Gwiazdka zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nią rodzinne spotkania i coroczny festiwal prezentów. Świętowanie i obdarowywanie najbliższych są bardzo przyjemne, nic więc dziwnego, że dla wielu z nas to najwspanialszy czas w roku. Czy jednak równie przyjemne jest bycie rozliczanym za wszystkie przewinienia…? Czy prezent, który tygodniami służył rodzicom za kartę przetargową, to dobry przykład dawania „od serca”? I czy da się przywrócić świętom prawdziwą magię, gdy jako dorośli zabrnęliśmy w historię o karcącym Świętym Mikołaju? Zobaczmy!

Dawanie czy rozliczanie?

Podczas gdy dzieci marzą o najnowszej grze, robocie czy zestawie klocków, wszystkim rodzicom niezmiennie marzy się… łatwość i współpraca w kontaktach z nimi. To naturalne potrzeby, jednak szczególnie niespełnione, gdy pod naszym dachem rośnie coraz bardziej niezależny i emocjonalny mały człowiek. Potrzeba łatwości jest mi szczególnie bliska: myślimy o niej intensywnie, kiedy kąpiąc dzieci, mamy nadzieję, że nie będą przeciągały wieczornych rytuałów (jest późno!), albo wtedy, gdy kieruje nami przemożne zmęczenie. Rodzicielstwo miewa też swoje przesilenia – okresy, w których dzieci silniej domagają się decydowania, odmawiają, zanim jeszcze przemyślą nasze prośby, i złoszczą się intensywniej niż wcześniej. Nie ma rodzica, który w takiej chwili nie oddałby wiele za magiczną różdżkę, która zmieniałaby autonomię w podążanie i współpracę. 

Dlatego pomysł, by wykorzystać prezenty jako zachętę (a nieprzyjście Mikołaja jako straszak), może się wydawać tak atrakcyjny. Kultura podchwyciła go od razu i tak oto o byciu grzecznym dzieci słuchają przez cały grudzień. Czy to działa?

  • Nikt nie współpracuje cały czas. Nieważne, jak bardzo będziemy go prosić, zachęcać, przekupywać i chwalić, dzieci nie są w stanie podążać za nami cały czas. Czasami przeszkadza w tym ich stan fizjologiczny (zmęczenie, przebodźcowanie), innym razem potrzeby (np. ruchu, zabawy czy autonomii). W życiu małych dzieci podążania za dorosłymi jest i tak całkiem sporo, gdyby uczciwie przeanalizować, co jedzą, gdzie idą, czym się zajmują i o czym mogą decydować w ciągu dnia.
  • Nikt nie powinien współpracować cały czas. Autonomia jest potrzebna. Osobnik, który konsekwentnie dbałby tylko o innych, a nigdy o siebie, pewnie nie zdążyłby się rozmnożyć (rozdałby swoje zapasy żywności wszystkim ładnie o to proszącym…). Bezwarunkowe i niezwłoczne spełnianie każdej prośby oznaczałoby, że przestały istnieć potrzeby dziecka. Ten motyw zna wielu z nas, jeśli w dzieciństwie byliście przekonywani, że dobro i komfort innych ludzi liczy się podwójnie, a odmowa jest wyrządzeniem przykrości. „Grzeczne dzieci” łatwo zgadzałyby się też na robienie wszystkiego, czego oczekują od nich rówieśnicy…
  • …o ile mogliby zaoferować drogi gadżet czy zabawkę. A to z kolei zachęca do kalkulowania, czy opłaca się współpracować i współdziałać. W końcu liczy się, co i czy dostanę, prawda?

Czy na prezent trzeba sobie zasłużyć?

Można przyjąć dwa zupełnie skrajne podejścia do obdarowywania swoich bliskich. Oba są szczególnie widoczne w sposobie, w jaki dorośli opowiadają dzieciom o Świętym Mikołaju. 

Mamy więc Mikołaja, który robi podsumowania, skreśla z listy beneficjentów i widzi każde przewinienie. Można by go również nazwać bezwzględnym, bo w końcu karzący Mikołaj nie pyta nikogo, dlaczego tak kiepsko mu szło w ostatnim czasie. Czy jednak chcielibyśmy, żeby to tak dziecko rozumiało dawanie prezentów…? Jako czynność, którą poprzedza ocenianie, czy obdarowywany na to zasłużył? A jeśli jego ostatnie tygodnie nie były powodem do dumy, czy podarowanie prezentu nie może być potraktowane jako pocieszenie, zmiana perspektywy na mniej oceniającą, gest czułości, wyraz opieki, przyjaźni? Powiedziałabym, że dzieci, którym się ostatnio nie udawało, tym bardziej tego potrzebują. Pozwoli im to doświadczyć, że odpoczynek, przyjemność i bliskie relacje są podstawą naszego dobrego samopoczucia. Takie przekonanie pozwala być łagodnym dla samego siebie: zrobić sobie herbatę po kiepskim dniu, odłożyć na bok sprzątanie, gdy jest się na nie zbyt zmęczonym, a w przyszłości z wyrozumiałością potraktować drugiego człowieka. Pisząc te słowa, mam w pamięci wszystkie oddane i kochające mamy, które spotkałam w gabinecie, dla których tak prosta życzliwość wobec samej siebie jest celem, do którego dążą.

Alternatywą jest dawanie, którego intencją jest sprawienie radości. Świętowanie. Dzieci słyszą wtedy o Mikołaju, który bezinteresownie i z przyjemnością sprawia radość dorosłym i dzieciom. Prezent jest elementem świętowania: wyrazem ciepła, troski, zainteresowania. Dla niektórych dzieci wyjątkowe jest także to, że Mikołaj interesuje się ich pragnieniami i nie chce nic w zamian. 

Którego dawania chciał(a)byś nauczyć swoje dzieci? Który sposób obdarowywania sprawiłby, że wręczona rzecz to naprawdę prezent?

Czy prezenty w ogóle musi przynosić niewidzialny starszy pan w czerwonych ubraniach? Oczywiście, że nie. W tym tekście posłużył nam za przykład postawy, jaką przyjmujemy wobec gwiazdkowych prezentów. Tłumacząc najmłodszym, dlaczego dorośli w ogóle opowiadają o nim dzieciom, odwołuję się do intencji: w czasie świąt pragną wprowadzić do rzeczywistości trochę magii lub odtworzyć pamiętane z dzieciństwa oczekiwanie i przygotowania. Być może w tym miejscu zauważysz, że Mikołaj, który ma być grudniowym straszakiem, kompletnie nie spełnia takiej funkcji – jego przyjście nie jest ani magiczne, ani wyczekiwane, jest stresujące i pełne napięcia. Gdy tak się dzieje, dziecku trudno uwierzyć, że intencją rodziców było wykreowanie świątecznej atmosfery, a nie manipulacja i kłamstwo.

A co z wdzięcznością?

Nie każdy prezent trafia w gust odbiorcy. Nam, dorosłym, także zdarzają się nietrafione podarunki. Jeśli nie reagujemy na nie płaczem czy okazywaniem niezadowolenia, to najczęściej dlatego, że zdajemy sobie sprawę z tego, co może czuć obdarowujący (innymi słowy, uruchamiamy empatię i zdolność wyobrażenia sobie stanu drugiego człowieka), albo rozczarowanie osładza nam fakt, że doceniamy dobre chęci tej osoby. Dzieciom jest w tej sytuacji znacznie trudniej. Po pierwsze, nawet przedszkolaki mogą nie być w stanie określić i nazwać emocji, jakimi babcia odpowie na ich rozpacz. Gdy już to potrafią, borykają się z tym, że naprawdę niełatwo zajmować się stanem owej babci, nim opadną ich własne emocje. Pozwól dziecku wypłakać się w twoje ramię, przytul je, wysłuchaj, dlaczego tak bardzo zależało mu na tamtej zabawce i grze. Jeśli masz zasoby, możesz przejąć wysłuchanie babci, która prawdopodobnie też potrzebuje opowiedzieć komuś, jak długo i bezskutecznie szukała tej wymarzonej rzeczy albo jak ważne dla niej było, żeby święta były czasem radości, a nie rozczarowań. 

Drugim powodem, dla którego ukrywanie niezadowolenia stanowi takie wyzwanie dla dzieci, jest fakt, że pokazywanie emocji przeciwnej do odczuwanej to wyższa szkoła jazdy. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że obdarowujący wprost pyta o odczucia dziecka, podczas gdy wcale nie chce ich poznać. Wystarczająco kłopotliwe są mieszane uczucia: radość na myśl, że zostało się obdarowanym, a smutek z powodu wartości materialnej czy użytkowej przedmiotu. Wielu dzieciom naprawdę pomaga, gdy ktoś wprost opisze to pomieszanie (w końcu można znaleźć ulgę w tym, że inni też znają ten stan!).

Czasami dzieci szczerze cieszą się z prezentu, ale nie okazują tego w sposób, jakiego oczekiwaliby od nich dorośli. Widzę w tym szansę na rozmowę z dorosłymi i uświadomienie im, że tłoczna wigilijna kolacja może być wystarczająco absorbująca i niestwarzająca okazji do rozmowy. Warto także powiedzieć, że dzieci cieszą się nie tylko werbalnie – wyrażają radość, bawiąc się swoim prezentem, trzymając go blisko ciała albo wtedy, gdy wyglądają na rozluźnione i zadowolone. Wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom życzę, żeby to właśnie takie widoki czekały na was w nadchodzące święta!

Autor Karla Orban

Psycholog, trenerka empatycznej komunikacji. Szkoli się w czteroletniej szkole psychoterapii systemowej. Od ponad dekady wspiera dzieci, rodziców i nauczycieli. Absolwentka szkolenia Rodzicielstwo Bliskości dla Profesjonalistów I i II stopnia, członek ICISF. Czerpie z teorii więzi, Terapii Akceptacji i Zaangażowania oraz Porozumienia Bez Przemocy. Prywatnie mama trójki dzieci.

fb.com/KarlaOrbanPsychologRB

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.